Miniatura z City

Posted in Opowiadania tagi , , , , , , , , , , , , on 17 Sierpień 2010 by Dziwny Czarodziej

Tak to bywa, że wakacje to niby-czas odpoczynku, ale czasami trzeba zasuwać bardziej intensywnie niż przez większość dni w roku. Jest już niedziela, mija druga godzina. Nanoszę ostatnie poprawki w mojej starej, niepublikowanej i praktycznie mało komu do tej pory pokazanej miniaturze. Ze ściśle określonych powodów publikuję właśnie ten utwór. Z owych też powodów nastąpiła dodatkowa komplikacja. Niestety, przynajmniej tymczasowo jestem zmuszony publikować 1-2 razy w tygodniu – nie jestem w stanie zagwarantować dwóch not.

Od tej pory w każdy wtorek pojawi się fragment jakiegoś opowiadania, natomiast, jeśli czas pozwoli, co sobotę zamieszczę jedną książkową recenzję.

Zmiany, zmiany, ach te zmiany. Oby na lepsze. Ogarnę mój kram na serio dopiero za tydzień, kiedy wrócę z drugiego wyjazdu. Zatem…

Dobrej historii Czytelniku

Hile!

Giełda Dusz

Wieść o Apokalipsie obiegła świat 2 lipca 2014 roku. Obyło się bez fanfar. Nie zabiło nas globalne ocieplenie, nie zmiażdżył meteoryt, ominęliśmy, zapewne cudem, dziesiątą planetę „iks”, oszczędziły nas też mordercze wirusy i bakterie. Domorośli prorocy mogli zagryzać do krwi pięści. Nie trafili nawet z datą.

O 17:03 czasu GMT+2 na całej planecie zaroiło się od daniołów. My, ludzie, tak nazwaliśmy zwiastunów końca. Sami nazywali siebie Shoallah, co miałoby rzekomo znaczyć „ostrza Boga”. Cóż, szczypta marketingu potrafi przybliżyć nawet tak nietypowy produkt jak zagłada.

Daniołowie wystąpili we wszystkich kanałach telewizyjnych. O jednakowej godzinie wygłoszona w tysiącach języków identyczna wiadomość dotarła do każdego z żyjących. Za miesiąc ze świata miał pozostać proch i pył. Ot tak, po prostu i bez wytłumaczenia. Bogu najwyraźniej przestało chcieć się grać.

Z dnia na dzień praca, rodzina, hobby, marzenia, wszystko miało stać się kosmicznym wspomnieniem – zakończonym boskim eksperymentem. Zaprzyjaźniony lekarz uznał, że w wyniku stresu (plus kombinacji genów ze „złym” trybem życia) miałem wtedy poważny stan przedzawałowy. Wyobrażacie sobie? Walnąć na zawał trzy tygodnie przed końcem świata ze strachu przed końcem świata! Ważne żebyście wiedzieli, że nie uderzyła mnie Sodoma i Gomora, jaka zapanowała na błękitnej planecie. Śmierć i przemoc stały się głównymi walutami Ziemi, a ja miałem to w dupie. Ale nie moich najbliższych. Straciłem ich zbyt szybko, zbyt boleśnie. W tym szalenstwie żona przećpała mi się lekami nasennymi, syn rozbił kradzionym sąsiadowi porsche, córkę zaś zgwałcili i zabili w jej własnym pokoju. Mimo to szybko, wręcz zadziwiająco szybko otrząsnąlem się z tragedii takiego kalibru. Być może sedno problemu leżało w tym, że nawet rozpacz była bez sensu. Bo niby co mogło mieć sens tuż przed końcem świata, wyraźnie rządzonym przez Szaleńca, nie Boga?

Tak więc nasza historia z każdą godziną zmierzała ku końcowi. Ale jednego dnia wszystko się zmieniło. Dostałem cynk, i to nie było jaki. Nie ważne jak i skąd. W biznesie ręka rękę myje. Wszystko w tym temacie.

17 lipca ze specjalną przepustką przepuszczono mnie przez pierścień wojska chroniącego monumentalny gmach. Tak trafiłem na Giełdę Dusz. Tutaj świat finansów, będący połową mojego życia przed nadejściem Shoallah, żył w najlepsze. Z tą różnicą że dolary i towary zastąpiły dusze. Wierzcie lub nie, ale to danioły prowadziły bursę. Bez przerwy plątały się tu i ówdzie, obserwując graczy, trzepocząc skrzydłami, rozlewając wokół siebie blask płomienistych mieczy. Brrr, nie wyobrażacie sobie zimnej pogardy bijących z ich oczu. Ale to tylko towarzystwo kilku nieśmiertelnych demonów. Liczyła się gra. Zarejestrowałem na recepcji, aby móc w nią zagrać.

Z przypiętym do klapy pomiętaj marynarki identyfikatorem wszedłem na parkiet z jedynym wartościowym kapitałem jaki posiadałem. Własną duszą.

Zarówno na tablicach notowań jak i w dostępnej dla giełdowiczów bazie danych dusze opisywano dziesiątkami parametrów. Oprócz klasycznej metryki podawano najważniejszy indeks – rating życia. Wskaźnik ten sugerował teoretyczną szansę dostania się kolesia (lub kolesiówy) do Raju. Gracze wierzyli w jego wartość niczym przeklętego Boga, ścierającego wówczas mimochodem nasz świat z kosmicznej mapy. Niemniej jednak po tylu latach w biznesie czułem się w tym środowisku jak ryba wracająca z przeciekającego akwarium na przestwór Atlantyku.

Zagrałem. Na dobry początek sprzedałem własną duszą. Dalej przeróżnymi operacjami udało mi się podążyć za falą jakichś grubych spekulacyjnych rekinów. Ugrałem sobie na tym całką ładną sztukę. Siedem punktów ratingu. Moje życie było warte ledwie trzy z kawałkiem. Sami przyznacie – niezły skok. Naturalnie, grałem dalej. Miałem jeszcze dwa tygodnie.

Nagle jak nożem uciął, złoty sen się skończył. 20 lipca przed udaniem się na kolację do stołówki, zerknąłem na walor dnia. To była moja dusza. Rating osiem koma dziewięć.

- Kurwa! – wrzeszczałem w twarz maklerowi, szarpiąc go za koszulę. – Co to jest, do diabła!? Ponad dwukrotne przebicie!? Kto kupił!? Za co!? Niech was szlag!

Zmrożony spojrzeniem danioła, puściłem bladego maklera. Niemniej jednak facet okazał się w porządku. Wyjaśnił mi, że padłem ofiarą jednej z niezliczonych spekulacji. Moja dusza rzekomo odpowiadała profilowi zbawiciela z prastarej przepowiedni. To były oczywiście cholerne brednie. Lecz samospełniająca się prognoza chwyciła. Giełdziarze rzucili się na kupno. Dalej już tylko witamy w grze podaży i popytu.

Jakby tego było mało, w ciągu dwóch kolejnych dni trafiłem na minę. Kupiłem śmieciowe aktywo. W ciągu dnia jego rating spikował do dwóch koma siedem. Moja dusza nadal była rozszarpywana przez graczy. Na tej zaś, którą posiadałem, zostałem załatwiony na amen.

Załamałem się, choć, szczerze mówiąc, znów nie trwało to długo. Pamiętacie? Nadchodził koniec świata! Następnego dnia pełen werwy wróciłem do gry. Miałem jeszcze kilkanaście dni na upolowanie jakiejś ciekawej duszyczki. Po cichu, w kuluarach, rozpuszczałem plotki o zmyślonej, tym razem przeze mnie, przepowiedni. Intuicja mówiła mi, że dusza pana Muer Yonga będzie miała wzięcia.

Teraz stawiam już ostatnie słowa tej historii. Nie mam czasu na więcej. Mamy 26 lipca, wybiła 8:58. Za dwie minuty rozpocznie się bój o wieczność na Giełdzie Dusz.

Pieśń dla Evedith IV

Posted in Opowiadania tagi , , , , , , , , , , , , , , , on 14 Sierpień 2010 by Dziwny Czarodziej

Evedith.

Włączam światła. Sala staje w swoim kameralnym blasku. Niewielka, wyłożona ciemną, drewnianą boazerią, oprószona ciepłym światłem starych lamp. Na podwyższeniu stoi czarny fortepian.

Pamiętasz? Często graliśmy na nim aż do wschodu słońca. Tylko ty. I tylko ja.

Idę spokojnym krokiem, uspokajając rozszalałe serce. W końcu odkładam karabin na lśniący, onyksowej barwy blat. Uderzam w klawisz. Wydobywa się niski, ponury dźwięk. Ale to początek dobrej melodii. Tej, którą napisałem dla ciebie.

Siadam na stołku. Nagle rozlega się potężna, szklana eksplozja. Wysadzili drzwi do hotelu. Wyłamuję palce i kładę je na czarno-białym uśmiechu fortepianu. Gram pierwsze dźwięki.

Evedith. To twoja pieśń.

Dzikie ryki dobiegają zza wyłamanych drzwi.

Śpiewam, ale załamuje mi się głos. Pada prąd. Jedną ręką odpalam flarę i rzucam tuż obok.

Czuję ich. Wieczny Wilku, już tu są.

Gram, gdy wchodzą do sali. Osaczają mnie, szybkie żmije. Stają zwartym kręgiem słuchaczy, dysząc nad fortepianem. Ich obrzydliwe, na pół ludzkie, na pół demoniczne cielska migoczą w słabym, zielonkawym świetle flary. Widzę, że nie snują żadnych zaklęć. Mają mnie w garści. Wiedzą, że nie będę walczyć.

Lecz mylą się. Walczę z nimi, walczę za pomocą każdego dźwięku. Czy teraz rozumiesz mój plan? Klucz tkwi w harmonii. Doskonale skonstruowane elementy naszego świata mają wyjątkową moc. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale twoja pieśń również miała taką moc. Wystarczyło zagrać ją w innej tonacji, zmienić kilka nut. Ostatni dźwięk wyzwalał energię, anihilującą wszystko w potężnej implozji. Nie pytaj mnie, gdzie posiadłem taką wiedzę. Czasami lepiej nie wiedzieć wszystkiego o zmarłych, aby zachować o nich lepszą pamięć.

Oddaję się melodii. Niesie mnie. Głos nabiera mocy i staje się coraz mniej chropowaty. Śpiewam, a potwory śmieją się ze mnie. Doskonale się bawią, nieświadome kroczącej ku nim zagłady.

Starożytna, demoniczna formuła działa. Czuję, że powietrze zaczyna nieznacznie wibrować, coraz silniej z każdym dźwiękiem. Zapłaciłem ogromną cenę, aby posiąść tę wiedzę, wiele osób skrzywdziłem, niektórych musiałem nawet zabić. Teraz choć częściowo mogę odkupić swoje winy. Siła implozji powinna znieść nie tylko mnie i demony. Rozerwie również hotel wraz ze słupami. Ich przerażająca moc już nigdy więcej nie złamie żadnej ludzkiej duszy, już nigdy nie zamieni żadnego z nas w przeklętą kreaturę! To cena, którą warto zapłacić. Jakbym żył dla tej chwili.

Powietrze mocno wibruje. Wśród demonów podnosi się szmer niepokoju. Melodia zbliża się do końca.

Wtem ostentacyjnie wolnym krokiem podchodzi i staje tuż ze mną baronet. Potęga pulsuje z każdym uderzeniem demoniego serca na równi z nienawiścią. Tak bardzo skupiłem się na piosence, tak bardzo chciałem, abyś mogła zobaczyć moje ostatnie chwile. Nie wyłuskałem go z otaczającej mnie hordy. Śmiertelny błąd.

- Jesteś potężnym wojownikiem, Heronie – wyszeptał tuż nad moim uchem. – lecz głupcem. Gdybyś tyle nie myślał w swojej pustej głowie, ta bitwa byłaby twoja. Ale ja potrafię czytać. A przedśmiertna nić z twoim ptakiem jest dla mnie czysta jak kryształ.

Wieczny Wilku!

- Hakkonanet! Stań się jednym z nas! – zaryczał baronet, a ściany zadrżały.

Wielkie, proste ostrze przebiło mnie na wylot. Krew bryznęła mi na zastygłe palce, a wraz z nią gwałtownie uleciało ze mnie życie. Lecz nim to się stało, dopadła mnie najgorsza z możliwych klątw.

Złamali mnie, więc żegnaj, Eve…

***

Evedith wpijała rozpaczliwie palce w gęste i ciemne pióra.

- Nie! – krzyczała stłumionym głosem w ptasią szyję. – To nieprawda! Słyszysz!? To wszystko nieprawda!

Cemeter pokręcił głową. Kruk ciasno otulił drżące, wstrząsane szlochem ciało potężnymi skrzydłami. Z oczu demona płynęły mieniące się wszystkimi barwami tęczy łzy. Bo od dziś, w tej wojnie, jego pan, a mąż nowej pani, stał się demonem. Pewnego dnia być może staną na wojennym gruncie. A w żadnej parze oczu nie będzie mogło tańczyć nic, prócz szalonej nienawiści.

Niech będzie Dukaj!

Posted in Recenzja tagi , , , , , , , , , , on 10 Sierpień 2010 by Dziwny Czarodziej

Patrzę na okładkę. Na niej kunsztowna praca graficzna Bagińskiego. Chłopak bez dwóch zdań potrafi budować klimat. Wspominam o tym, ponieważ okładka stała się kluczem do wrzucenia „W kraju niewiernych” do empikowego koszyka. Często wychodzę z założenia, że porządnie wydana książka ma większe prawdopodobieństwo zawierania w sobie równie przyzwoitej treści. Tym razem to właśnie okładka spodobała mi się na tyle bardzo, że przełamałem swoją awersję do Autora i postanowiłem dać mu w swojej biblioteczce ostatnią szansę.

I nie żałuję swojej decyzji. Od przeczytania tego dzieła śmiem twierdzić, że będąc fantastą- Polakiem Dukaja nie znać to wstyd i hańba. Głowę posypuję pokornie popiołem za wszystkie złorzeczenia na dukajowe twory.

Ale do rzeczy. Pięćset stron mocno zbitego tekstu to nie przelewki. Przeciętna książka z Fabryki Słów czy Maga posiada tak wielką czcionkę, że czasami bywa to aż denerwujące, ale dzięki temu łyka się te trzysta, czterysta stron bez specjalnej nudy. Natomiast w przypadku „W kraju niewiernych” mimo bezwzględnie ogromnej ilości treści, nie ziewnąłem przez jedną chwilę.

Autora „W kraju niewiernych” błędnie porównuje się do Lema. Prawda jest taka, że obaj panowie malują zupełnie inne historie zupełnie innymi farbami. Niemniej jednak mają jeden element wspólny. Rys intelektualizmu, polot treści, idee zawarte w pozornie banalnej, fantastycznej treści. A sposób w jaki robi to Dukaj można określić jednym słowem.

Fenomenalny.

Jeśli książka tak bardzo mi się podoba, dlaczego darzyłem wcześniej Autora niezbyt pochlebną opinią? Fikcyjne postacie u Dukaja są po prostu prawie zawsze przemądre i superinteligentne. To rzuca się w oczy. Bardzo denerwowało mnie to w „Lodzie”, która bądź co bądź było powieścią z żywymi bohaterami, wokół których kręciła się cała oś fabularna, a w historii zdawało się nie było ani jednego prostego człowieka. Wątpię czy zwykła pani z zieleniaka duma sobie (z całym szacunkiem) co robią jej powłoki w równoległych światach. „W kraju niewiernych” w moich oczach zbytnio nie odstaje od tych absolutnie intelektualnych tendencji.

Niemniej jednak dostrzegam ogromną zmianę. We mnie, nie w Dukaju. Prawdą jest, że do jego książek trzeba po prostu dojrzeć. Czytając je w wieku siedemnastu, osiemnastu lat gubiłem się, traciłem wątek. Teraz przeżywałem podobne uczucia, jak czytając po raz pierwszy Lema. Zauroczony przez nieznane dotąd dyskursy, dyskusje moralne i filozoficzne, nowe idee. Podróż po Kraju Niewiernych to podróż w nieznane. A jak napisał Dukaj: „podróż to czas magiczny.”

Czy chcecie poznać granice czarodziejskiej mocy?

Dowiedzieć się, czy sny mogą otrzymać życie?

Przeżyć chwile w niesamowitej wersji dukajowego a la matrixu zwanego Allahem?

Zrozumieć tragedię kryjącą się w boskiej miłości?

Autor swoim magicznym zbiorem opowiadaniem odpowie wam na te i o wiele więcej pytań. Wprawi wasz umysł w intelektualny rezonans, tak, że nie zapomnicie o przeczytanych historiach przez kilka najbliższych dni.

PS. Post idzie z automatu, stąd praktyczny brak ewentualnej mojej aktywności przez najbliższe dwa tygodnie.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.