Tak to bywa, że wakacje to niby-czas odpoczynku, ale czasami trzeba zasuwać bardziej intensywnie niż przez większość dni w roku. Jest już niedziela, mija druga godzina. Nanoszę ostatnie poprawki w mojej starej, niepublikowanej i praktycznie mało komu do tej pory pokazanej miniaturze. Ze ściśle określonych powodów publikuję właśnie ten utwór. Z owych też powodów nastąpiła dodatkowa komplikacja. Niestety, przynajmniej tymczasowo jestem zmuszony publikować 1-2 razy w tygodniu – nie jestem w stanie zagwarantować dwóch not.
Od tej pory w każdy wtorek pojawi się fragment jakiegoś opowiadania, natomiast, jeśli czas pozwoli, co sobotę zamieszczę jedną książkową recenzję.
Zmiany, zmiany, ach te zmiany. Oby na lepsze. Ogarnę mój kram na serio dopiero za tydzień, kiedy wrócę z drugiego wyjazdu. Zatem…
Dobrej historii Czytelniku
Hile!
Giełda Dusz
Wieść o Apokalipsie obiegła świat 2 lipca 2014 roku. Obyło się bez fanfar. Nie zabiło nas globalne ocieplenie, nie zmiażdżył meteoryt, ominęliśmy, zapewne cudem, dziesiątą planetę „iks”, oszczędziły nas też mordercze wirusy i bakterie. Domorośli prorocy mogli zagryzać do krwi pięści. Nie trafili nawet z datą.
O 17:03 czasu GMT+2 na całej planecie zaroiło się od daniołów. My, ludzie, tak nazwaliśmy zwiastunów końca. Sami nazywali siebie Shoallah, co miałoby rzekomo znaczyć „ostrza Boga”. Cóż, szczypta marketingu potrafi przybliżyć nawet tak nietypowy produkt jak zagłada.
Daniołowie wystąpili we wszystkich kanałach telewizyjnych. O jednakowej godzinie wygłoszona w tysiącach języków identyczna wiadomość dotarła do każdego z żyjących. Za miesiąc ze świata miał pozostać proch i pył. Ot tak, po prostu i bez wytłumaczenia. Bogu najwyraźniej przestało chcieć się grać.
Z dnia na dzień praca, rodzina, hobby, marzenia, wszystko miało stać się kosmicznym wspomnieniem – zakończonym boskim eksperymentem. Zaprzyjaźniony lekarz uznał, że w wyniku stresu (plus kombinacji genów ze „złym” trybem życia) miałem wtedy poważny stan przedzawałowy. Wyobrażacie sobie? Walnąć na zawał trzy tygodnie przed końcem świata ze strachu przed końcem świata! Ważne żebyście wiedzieli, że nie uderzyła mnie Sodoma i Gomora, jaka zapanowała na błękitnej planecie. Śmierć i przemoc stały się głównymi walutami Ziemi, a ja miałem to w dupie. Ale nie moich najbliższych. Straciłem ich zbyt szybko, zbyt boleśnie. W tym szalenstwie żona przećpała mi się lekami nasennymi, syn rozbił kradzionym sąsiadowi porsche, córkę zaś zgwałcili i zabili w jej własnym pokoju. Mimo to szybko, wręcz zadziwiająco szybko otrząsnąlem się z tragedii takiego kalibru. Być może sedno problemu leżało w tym, że nawet rozpacz była bez sensu. Bo niby co mogło mieć sens tuż przed końcem świata, wyraźnie rządzonym przez Szaleńca, nie Boga?
Tak więc nasza historia z każdą godziną zmierzała ku końcowi. Ale jednego dnia wszystko się zmieniło. Dostałem cynk, i to nie było jaki. Nie ważne jak i skąd. W biznesie ręka rękę myje. Wszystko w tym temacie.
17 lipca ze specjalną przepustką przepuszczono mnie przez pierścień wojska chroniącego monumentalny gmach. Tak trafiłem na Giełdę Dusz. Tutaj świat finansów, będący połową mojego życia przed nadejściem Shoallah, żył w najlepsze. Z tą różnicą że dolary i towary zastąpiły dusze. Wierzcie lub nie, ale to danioły prowadziły bursę. Bez przerwy plątały się tu i ówdzie, obserwując graczy, trzepocząc skrzydłami, rozlewając wokół siebie blask płomienistych mieczy. Brrr, nie wyobrażacie sobie zimnej pogardy bijących z ich oczu. Ale to tylko towarzystwo kilku nieśmiertelnych demonów. Liczyła się gra. Zarejestrowałem na recepcji, aby móc w nią zagrać.
Z przypiętym do klapy pomiętaj marynarki identyfikatorem wszedłem na parkiet z jedynym wartościowym kapitałem jaki posiadałem. Własną duszą.
Zarówno na tablicach notowań jak i w dostępnej dla giełdowiczów bazie danych dusze opisywano dziesiątkami parametrów. Oprócz klasycznej metryki podawano najważniejszy indeks – rating życia. Wskaźnik ten sugerował teoretyczną szansę dostania się kolesia (lub kolesiówy) do Raju. Gracze wierzyli w jego wartość niczym przeklętego Boga, ścierającego wówczas mimochodem nasz świat z kosmicznej mapy. Niemniej jednak po tylu latach w biznesie czułem się w tym środowisku jak ryba wracająca z przeciekającego akwarium na przestwór Atlantyku.
Zagrałem. Na dobry początek sprzedałem własną duszą. Dalej przeróżnymi operacjami udało mi się podążyć za falą jakichś grubych spekulacyjnych rekinów. Ugrałem sobie na tym całką ładną sztukę. Siedem punktów ratingu. Moje życie było warte ledwie trzy z kawałkiem. Sami przyznacie – niezły skok. Naturalnie, grałem dalej. Miałem jeszcze dwa tygodnie.
Nagle jak nożem uciął, złoty sen się skończył. 20 lipca przed udaniem się na kolację do stołówki, zerknąłem na walor dnia. To była moja dusza. Rating osiem koma dziewięć.
- Kurwa! – wrzeszczałem w twarz maklerowi, szarpiąc go za koszulę. – Co to jest, do diabła!? Ponad dwukrotne przebicie!? Kto kupił!? Za co!? Niech was szlag!
Zmrożony spojrzeniem danioła, puściłem bladego maklera. Niemniej jednak facet okazał się w porządku. Wyjaśnił mi, że padłem ofiarą jednej z niezliczonych spekulacji. Moja dusza rzekomo odpowiadała profilowi zbawiciela z prastarej przepowiedni. To były oczywiście cholerne brednie. Lecz samospełniająca się prognoza chwyciła. Giełdziarze rzucili się na kupno. Dalej już tylko witamy w grze podaży i popytu.
Jakby tego było mało, w ciągu dwóch kolejnych dni trafiłem na minę. Kupiłem śmieciowe aktywo. W ciągu dnia jego rating spikował do dwóch koma siedem. Moja dusza nadal była rozszarpywana przez graczy. Na tej zaś, którą posiadałem, zostałem załatwiony na amen.
Załamałem się, choć, szczerze mówiąc, znów nie trwało to długo. Pamiętacie? Nadchodził koniec świata! Następnego dnia pełen werwy wróciłem do gry. Miałem jeszcze kilkanaście dni na upolowanie jakiejś ciekawej duszyczki. Po cichu, w kuluarach, rozpuszczałem plotki o zmyślonej, tym razem przeze mnie, przepowiedni. Intuicja mówiła mi, że dusza pana Muer Yonga będzie miała wzięcia.
Teraz stawiam już ostatnie słowa tej historii. Nie mam czasu na więcej. Mamy 26 lipca, wybiła 8:58. Za dwie minuty rozpocznie się bój o wieczność na Giełdzie Dusz.
Patrzę na okładkę. Na niej kunsztowna praca graficzna Bagińskiego. Chłopak bez dwóch zdań potrafi budować klimat. Wspominam o tym, ponieważ okładka stała się kluczem do wrzucenia „W kraju niewiernych” do empikowego koszyka. Często wychodzę z założenia, że porządnie wydana książka ma większe prawdopodobieństwo zawierania w sobie równie przyzwoitej treści. Tym razem to właśnie okładka spodobała mi się na tyle bardzo, że przełamałem swoją awersję do Autora i postanowiłem dać mu w swojej biblioteczce ostatnią szansę.